Świat na talerzu

środa, 1 maja 2013

GRECJA: Choriatiki salata

Prawdziwa grecka sałatka. Bez sałaty, bez jajka (znam osoby, które gotowane jajko dodają), z oliwą zamiast czosnkowego sosu. Taka jaką jada się w Grecji. Każdy z nas ją zna, jednak w wykonaniu wielu Europejczyków (w tym większości Polaków) odbiega od oryginału. Informacji co i jak zasięgnęłam u źródła, czyli od Doroty, która mieszka w Grecji i prowadzi rewelacyjnego bloga... "Sałatka po grecku" o greckich realiach. Szczerze polecam! 


Składniki:
  • 2 pomidory
  • ogórek
  • czerwona cebula
  • garść oliwek (ja wybrałam czarne)
  • kostka sera feta
  • oregano
  • oliwa z oliwek
  • sól, pieprz
Uwagi: można oczywiście dodać jeszcze paprykę, natkę pietruszki, jasny ocet winny. Ja zostałam przy klasycznych składnikach, jedynie dodałam troszeczkę octu balsamicznego (z braku winnego, poza tym Maurycy go uwielbia).




Warzywa kroimy w duże (około centymetrowe) kawałki, cebulę w krążki. Na wierzchu kładziemy spore kawałki fety (można nawet w całości). Nie ma po co jej rozdrabniać, po prostu w trakcie jedzenia będziemy widelcem odkrajać jej kawałki ;) Całość posypujemy oregano i hojnie polewamy oliwą. Oliwy nprawdę nie ma co żałować, to co zostanie na dnie miseczki/ na talerzu zjemy maczając w niej chleb... mmmm. 


Maurycy już od momentu zakupów patrzył na mnie dziwnie... Ale jak to BEZ sałaty? Czemu takie duże kawałki?? A feta gdzie?... jak to na końcu?... jak to w całości? Ile ty tej oliwy lejesz?! 
Ostatecznie zjadł wszystko ze smakiem bez dalszego wybrzydzania. Tylko idei maczania chleba w oliwie nie pojął i dalej twierdzi, że za dużo jej było. Mnie tam bardzo smakowało ;)

środa, 10 kwietnia 2013

ISLANDIA: Fiskibollur

Zaprzęgnęłam inne blogerki-emigrantki do pomocy. W końcu kto jak nie one zapewni mi wiarygodny i wartościowy wgląd w kulinarne zwyczaje mieszkańców krajów, w których przyszło im mieszkać. Wczoraj Maus miał wieczorne spotkanie w pracy, więc dla mnie oznaczało to, że obiad będę jadła sama. Idealna okazja, żeby przetestować coś nowego, najlepiej rybnego, bo za rybami to mój luby nie przepada. Sięgnęłam do skrzynki mailowej i wyłowiłam sugestię drogiej Reykjaviczanki :) Wieloryba, ani sfermentowanego rekina, tak jak podejrzewała, w sklepie nie udało mi się dostać, jednak zwykłą białą rybę na rybne kulki jak najbardziej :)


Składniki:
  • 300 g fileta z białej ryby*
  • cebula
  • 1-2 łyżeczki soli
  • 1,5 łyżki mąki
  • pół łyżki mączki ziemniaczanej
  • 1 jajko
  • 25 ml mleka
  • pieprz
  • olej lub masło do smażenia
Uwagi: Przepis pochodzi ze strony Recipes.wikia.com, który poleciła mi Karolina. Proporcje oczywiście sobie zmniejszyłam i dostosowałam do posiadanej przeze mnie ilości rybki.
* Choć najlepszy podobno były dorsz, halibut lub łupacz, ale z braku laku kupiłam... tilapię :D Miała być biała ryba, to była.



Rybę i cebulę mielimy (tudzież blenderujemy... każdy ratuje się jak może, ważne żeby filet był rozdrobniony. W misce mieszamy rybno-cebulową papkę z resztą składników i odstawiamy na parę minut (wg przepisu 30). W między czasie możemy sobie np. przygotować warzywka do obiadu lub obrać ziemniaczki. Ostatecznie w takim towarzystwie najczęściej się podaje fiskibollur. Nabieramy masę łyżką i formujemy zgdabne kuleczki. Smażymy na rozgrzanym tłuszczu, aż się pięknie zrumienią, zupełnie jak tradycyjne mięsne klopsiki :D


Wyszły pyszne! Delikatne w środku i chrupiące z wierzchu. Fajna alternatywa dla mielonych i dla amatorów ryby. Z 300 gram fileta wyszło mi oczywiście za dużo rybnych kuleczek jak dla mnie samej. Nic straconego... następnego dnia na kromce pełnoziarnistego chlebka i ozdobione rzeżuszką stanowiły pyszny lunch :)

sobota, 6 kwietnia 2013

TAJLANDIA: Massaman curry

Och, nasze ulubione danie! Pierwszy raz spróbowaliśmy go w maleńkiej tajskiej knajpce w Amsterdamie (którą teraz odwiedzamy, przy każdej możliwej okazji będąc w tym mieście) i z miejsca się w nim zakochaliśmy. Szybko odszukałam przepis i postawiłam sobie za punkt honoru odwzorować je jak najwierniej. Wychodzi pyszne za każdym razem. 


Składniki:
  • 300 g kurczaka
  • 200 g ziemniaków (najlepiej niedużych)
  • 5-10 szalotek (w zależności od wielkości)
  • 3 łyżki czerwonej pasty curry
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 200 ml śmietanki kokosowej (jeśli nie możecie kupić, użyjcie poprostu więcej więcej mleczka, najlepiej gęstego)
  • 2 łyżki sosu rybnego
  • 2 łyżki pasty z tamaryndowca*
  • kardamon**
  • cynamon
  • 2 łyżeczki cukru palmowego lub trzcinowego
  • 50 g orzeszków ziemnych lub nerkowca
Uwagi: Danie można zrobić też z innym mięsem, np. wołowiną, jagnięciną lub tofu dla wegetarian. Massaman curry, jak wskazuje zresztą nazwa, ma muzłumańskie pochodzenie, więc oficjalnie nie powinno używać się w nim wieprzowiny. 
* Jeśli macie problem z kupieniem pasty z tamaryndowca, w ostateczności można podratować się trochę sosem Worcestershire, którego tamaryndowiec jest ważnym składnikiem. Ja zrobiłam tak za pierwszym razem, zanim udało mi się pastę kupić i danie nadal było pyszne! Jednak mimo wszystko polecam zaopatrzyć się w tą pastę, bo nic jej tak naprawdę zastąpić nie jest w stanie.
** Oryginalnie powinno się używać ziaren kardamonu i uprażyć je na patelni oraz laski cynamonu. Ja jestem jednak z natury leniwym stworzeniem, więc idę na łatwiznę i używam tych sproszkowanych.



Zaczynamy czary: Pastę curry rozrabiamy z mleczkiem kokosowym w woku lub głębokiej patelni i gotujemy na średnim ogniu przez parę minut. Dadajemy kurczaka pokrojonego w kostkę i pozwalamy mu się dusić w sosie (bez przykrycia!) przez około 10 minut. Dodajemy śmietankę kokosową i zostawiamy na kolejne 10 minut na wolnym ogniu. Ziemniaki obieramy i jeśli są duże, kroimy na spore kawałki. Szalotki obieramy (ja dodatkowo przekrajam je na pół lub 4 części jeśli są duże). Dodajemy do curry pozostałe składniki i trzymamy na ognie, aż ziemniaki i mięso będą miękkie.



Curry podajemy najlepiej z ryżem. Ze względu na ziemniaki samo curry jest już bardzo sycące, więc ryżu naprawdę nie trzeba dużo. My lubimy z Maurycym dodać jeszcze pod koniec gotowania trochę warzywek  z tajskiej mieszanki, czyli poszatkowaną białą kapustę, zieloną paprykę, czerwoną cebulkę i papryczki chili (wsumie około 200-300 gram całej mieszanki warzyw). Proporcje jakie tu podałam z powodzeniem wystarczą dla 3-4 osób, albo 2 okrutnie wygłodniałych żarłoków ;)

niedziela, 31 marca 2013

HOLANDIA: Mon chou taart

Pierwszy raz kiedy spotkałam się z tym ciastem byłam pewna, że to francuski wynalazek. Wiadomo, nazwa dość z francuska brzmiąca. Ostatnio jednak zrobiłam mały research i okazało się, że serek "Mon chou" jest marką holenderską (producent: Campina). Przepis na serniczek zresztą też zapożyczyłam ze strony owej marki. Postanowiłam nasze polsko-holenderskie święta osładzić tym pysznym i jakże prostym deserem.


Składniki:
  • dwa opakowania serka "Mon Chou" (razem 200 g)
  • 250 ml śmietanki 
  • 3 łyżki cukru pudru
  • paczka ciasteczek "Bastogne" (kruche ciasteczka korzenne)
  • 130 g masła
  • puszka "Vlaaifruit" o smaku wiśniowym (bardzo mocno owocowa frużelina :D)
Uwagi: Nie wiem czy serek jest dostępny w Polsce. Jest on bardzo gęsty, tłusto-kremowy i delikatnie słonawy. Genialny do wszelkich cream cheese frosting, z którym generalnie miałam zawsze duży problem. Ciasteczka oczywiście można zastąpić innymi korzennymi lub nawet Digestive.
Frużelinę o ile dobrze pamiętam można kupić bez większego trudu, ale jak ktoś by wolał naturalnie, to ostatnio trafiłam na świetny przepis na owe mazidło na Moje Wypieki ;)




Ciasteczka kruszymy i mieszamy z roztopionym masłem. Dociskamy mieszankę łyżką do dna formy (ja użyłam o średnicy 22 cm). Myślę, że nie trzeba bardzo mocno dociskać.. ja się na spodzie wyżyłam, a potem trudno się nam kroiło. Serek z cukrem pudrem i śmietanką miksujemy na gęstą, jednolitą masę (ok, moja wcale aż tak jednolita nie była, a i tak się tego nie czuło) i wykładamy na ciasteczkowy spód. Schładzamy w lodówce przez około 2 godziny. Na wierzch wykładamy owocową warstwę et voila! Gotowe! 


Ciacho spotkało się z wielkim entuzjazmem holenderskiej części rodziny oraz koleżanki, która wpadła w odwiedziny. Jest łatwe i szybkie do zrobienia, bez pieczenia, ale uwaga... znika jeszcze szybciej! ;)

sobota, 23 marca 2013

LIBAN: Hummus

Przyznaję się bez bicia, że uwielbiam hummus. Miałam mały dylemat, do jakiego państwa przypisać ten przepis, gdyż jest to raczej regionalny, niż narodowy dip. Choć w Izraelu zjada się ogromne ilości hummusu oraz kraj ten eksportuje mazidło na szeroką skalę, to jednak postawiłam na Liban, który toczy z Izraelem od lat wojnę o tytuł "ojca hummus". Wybór swój argumentuję faktem, że jest to danie kuchni arabskiej, a sama nazwa wywodzi się z języka arabskiego.


Składniki: 
  • 150 g ciecierzycy 
  • 3-4 łyżki tahini (pasta sezamowa)
  • 2 ząbki czosnku
  • sok z cytryny
  • oliwa z oliwek
  • kmin rzymski (ewentualnie)
Uwagi: oryginalnie ciecierzyca powinna być namoczony przez noc i ugotowana, ale ja z natury jestem bestią leniwą i idę na łatwiznę - używam ciecierzycy z puszki. 


Ciecierzycę miksujemy z tahini, sokiem z cytryny i zmiażdżonym czosnkiem na gładką masę. Jeśli jest za gęsta dodajemy wedle uznania oliwę i może trochę więcej soku z cytryny. Dodatkowo można doprawić do smaku solą, mielonym kminem rzymskim, kolendrą. Osobiście lubię w moim hummusie odrobinę kolendry :) Przed podaniem polewamy jeszcze oliwą i nabieramy za pomocą kawałków podgrzanego chlebka pita. 



Jak dla mnie to idealny lunch! Pyszny, zdrowy, sycący i przy tym niezwykle szybki i łatwy w przygotowaniu. 

poniedziałek, 18 marca 2013

SZWECJA: Kladdkaka

Oglądane ostatnio przez nas skandynawskie seriale ("The Killing" i "RealHumans" - oba polecam) zaczęły mocno oddziaływać na moją wyobraźnię i chodziły mi po głowie przepisy z tychże krajów. Ostatecznie akcja kulinarna "Kuchnia Szwedzka" na Durszlaku.pl przypieczętowała decyzję i rzuciłam w wir internetowego researchu. Początkowy faworyt Gravlax okrutnie mnie załamał, kiedy to wyczytałam, że łosoś ma się marynować i peklować przez parę dni... Oj nie, dziękuję. Może kiedyś będę bardziej zmotywowana i nie zabraknie mi odwagi na takie eksperymenty. Dziś poszłam na łatwiznę i żeby zaspokoić mój głód cukru i czekolady upiekłam błyskawiczne ciasto Kladdkaka (nazwa i konsystencja deseru jakoś przywołuje u mnie dziwne, nieapetyczne skojarzenia :D).


Składniki:
  • 150 g stopionego masła
  • 200 g cukru
  • 50 g kakao
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 2 jajka
  • 140 g mąki
Uwagi: Przepis wygrzebałam na stronie swedishfreak.com. Proporcje są przeliczone na gramy, gdyż przepis oryginalnie podaje w decylitrach i cups, czego osobiście nieznoszę.



Masło roztapiamy i studzimy. Wszystkie składniki wrzucamy do miski i dobrze razem mieszamy na gęstą, mocno kakaową masę. Natłuszczoną formę wysypujemy bułką tartą (tudzież mąką... ja poszłam w tym kierunku z braku bułki w domu). Masę przekładamy do formy i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez około 20 minut. Zbyt długie pieczenie grozi tym, że ciasto nie będzie mokre i cudownie błotniste :)


Ciacho jest naprawdę błyskawiczne, ciężkie i smaczne. Momentalnie pochłonęłam dwa kawałki posypane cukrem puderem. Ponoć świetnie pasuje do niego bita śmietana, więc zaraz lecę do sklepu zrobić zakupy i koniecznie nie mogę o śmietanie zapomnieć! :)

środa, 13 marca 2013

REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI: Bobotie

W zeszłym roku podczas rodzinnego weekendu jednak z ciotek Maurycego zaserwowała pyszną mięsną zapiekankę z Surinamu - Bobotie. Nieco później dowiedziałam się, że jest to tradycyjnie danie południowo-afrykańskie, jednak jak można się domyślać, holenderscy kolonizatorzy maczali w nim swoje palce. Mięsna zapiekanka z przyprawami do Afryki najpierw przywędrowała z Batavii, czyli indonezyjskiej kolonii Królestwa Niderlandów, a potem zapewne z niewolnikami i kolonizatorami trafiła dalej do Surinamu. Poszperałam w sieci, porównałam przepisy i prezentuję Wam "autentyczne południowo-afrykańskie Bobotie", jak to określono w Kaapstadmagazine.nl.


Składniki:

  • kilogram mielonej wołowiny
  • 2 cebule
  • gruba kromka białego pieczywa (bez skórki)
  • 250 ml mleka
  • 2 jajka
  • łyżka curry
  • 1,5 łyżki cukru
  • 2 łyżeczki soli
  • szczypta pieprzu
  • pół łyżki kurkumy
  • sok z cytryny (tudzież 2 łyżki białego octu winnego... co kto woli, ja wole cytryne)
  • 6 migdałów pokrojonych w ćwiartki
  • pół szklanki rodzynków
  • 4 liście laurowe
Uwagi: Przepis podaje proporcje dla 4 osób. Ja jak zwykle z racji limitu gęb do wykarmienia wszystkie składniki podzieliłam na pół. Pozwoliłam sobie też dodać 2 ząbki czosnku, bo lubię, a widziałam w innych przepisach. Przepis podaje też, żeby danie serwować z 3 łyżkami chutney, ale jakoś nie było pod ręką, więc się obeszliśmy.



Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni i smarujemy naczynie żaroodporne tłuszczem. Cebulkę (i czosnek) siekamy i rumienimy ładnie na patelni. Dodajemy mięsko i lekko podsmażamy. W międzyczasie kromkę  chleba namaczamy w połowie mleka (ja przed namoczeniem potargałam kromkę na kawałeczki, bo później tak czy tak trzeba byłoby ją rozdrobnić). Odciskamy chleb i rozdrobnione kawałki dodajemy do mięsa. Dorzucamy następnie jedno jajko, sok z cytryny, rodzynki, migdały i przyprawy oraz dobre mieszamy. Całość przekładamy do naczynia żaroodpornego, wtykamy listki laurowe na sztorc i danie wędruje do piekarnika na około 45 minut. Mniej więcej pół godziny przed końcem polewamy wierzch miksturą przygotowaną z drugiego jajka roztrzepanego z resztą mleka. 


Bobotie najlepiej podawać z żółtym ryżem szafranowym (można dodać do niego trochę rodzynek) i sałatką ogórkową. Czytałam też o wersji z bananem :) Osobiście bardzo polecam to danie z fasolką szparagową. W takiej wersji + zielone jabłuszko (wszystko razem wymieszane z mięsem i pieczone w całości) proponuje firma Knorr, której suche składniki na Bobotie można kupić w zgrabnym opakowaniu z serii "Wereld Gerechten" (Dania Świata). Próbowałam już wcześniej i bardzo mi smakowało. Maurycy jednak opowiedział się za moim domowym "autentycznym południo-afrykańskim Bobotie" :)