Świat na talerzu: Indie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 września 2013

INDIE: Masala chai

Uwielbiam chai latte. Jeśli jestem w jakiejś kawiarni lub knajpce i jest taka pozycja w karcie, nie zastanawiam się ani chwili. Chyba, że wyczytam w szczegółach, że dodają do tego napoju espresso (WTF!?!?). Skąd wogóle taki durny pomysł?.... Kawa do chai latte? Przecież latte wcale nie oznacza kawowego napoju, ale mleko. No to sobie pomarudziłam. A teraz do rzeczy. Oryginalnie napój ten nazywany jest masala chai i jest mieszanką herbaty, aromatycznych przypraw i gotuje się ją z mlekiem. W zachodnich krajach przyjęła się nazwa chai latte. Czemu? Dokładnie nie wiem. Może, żeby zasygnalizować konsumentowi obecność spienionego mleka w napoju? A może po prostu tak uwielbiamy modne słowo latte, że dzięki temu brzmi bardziej trendy i high life? ;) 

masala chai

Składniki:
  • 2 łyżeczki ulubionej herbaty (najlepiej czarna, ale może być też i zielona, na upartego nawet i aromatyzowana)
  • szklanka mleka*
  • szklanka wody
  • 2 łyżeczki cukru*
  • kardamon
  • cynamon
  • świeży imbir
Uwagi: Pryzprawz oczywiście można dowolnie wybierać. Te są najpopularniejsze + goździk (za którym aż tak nie przepadam). Najlepsze są oczywiście świeżo utarte w moździeżu, ale z braku laku (moździeża) posłużyłam się gotowymi mielonymi.
* Kwestia cukru właściwie zależy od upodobań. Ja wolę, kiedy moja masala chai jest troszkę mniej słodka, poza tym użyłam mleka migdałowego, które samo w sobie jest dość słodkawe. Nie mniej jednak napój powinien mieć słodki smak. 





Imbir obieramy i ścieramy na tarce. Przyprawy mieszamy (jeśli trzeba ucieramy najpierw w moździeżu ;)). Mleko i wodę przelewamy do rondelka i ustawiamy na palniku. Dodajemy herbatę, przyprawy i cukier. Całość gotujemy. Nie ma potrzeby mieszania, wymiesza się samo, ale nikt wam tego oczywiście nie zabroni ;) Gotujemy, aż całość zacznie podchodzić do góry, wtedy zmiejszamy gaz. Zabawę powtórzyć jeszcze dwa razy. Przecedzamy przez drobne sitko nasz masala chai do kubeczków. Dla kawiarnianego efektu osobno spieniłam trochę mleka (jednocześnie podgrzewając) i dodałam piankę na wierzch. 


Napój wyszedł dość mocny, może użyłam za mocnej herbaty... Następnym razem spróbuję delikatniejszej. Poratowałam się natomiast dodatkowym mlekiem z pianką i wyszlo pysznie. JEśli mój opis was nie przekonał, polecam filmik, z którego zapożyczyłam przepis. Jeśli po tym nie napierzecie nieodpartej ochoty na masala chai, to już nie wiem jak wam do rozsądku przemówić ;)


środa, 13 lutego 2013

INDIE: Smażona ryba z curry i kolendrą

Lubicie ryby? Ja uwielbiam! Niestety Maurycy nie bardzo. Postanowiłam wykorzystać ten projekt i obecność kota-semiwegetarianina, który woli łososia niż steka, żeby przemycić trochę ryb do naszego menu. Wybór padł na kuchnię indyjską, bo ta niemal zawsze zachwyca mojego marudę i nagle nawet ryba staje się zjadliwa. Przepis okazał się jeszcze szybszy i łatwiejszy niż chiński rostbef z paksoi, więc jeśli macie mało czasu- danie jak znalazł! Niestety w związku z tym, zdjęć mam jeszcze mniej :(

Kmin rzymski i mięta... aromatyczna mieszanka

Składniki:
  • 2 łyżki ghee lub oleju
  • 2 filety z białej ryby (ja wybrałam tilapię)
  • średniej wielkości cebula, posiekana
  • łyżeczka drobno posiekanego czosnku (poszłam na łatwiznę i użyłam wyciskacza)
  • łyżeczka mielonej kolendry
  • 2 łyżeczki mielonego kminu
  • pół łyżeczki kurkumy
  • pół łyżeczki płatków chili
  • łyżka przecieru pomidorowego
  • 140 ml wody
Choć w przepisie nie ma mowy o mięcie, ja pozwoliłam sobie posiekać dwie gałązki i wykorzystać do przybrania. Głównie dlatego, że skończyła mi się świeża kolendra, ale efekt też był super.


Ani się obejrzycie, a obiad będzie gotowy! Do dzieła: podgrzewamy tłuszcz w głębokiej patelni i obsmażamy rybę, po minucie z obu stron. Następnie ryba wędruje na talerzyk. Rumienimy na złocisty kolor cebulkę i czosnek. Dodajemy przyprawy i smażymy przez... 30 sekund mieszając (i znowu to liczenie... czy ja się za bardzo przejmuję? Na pewno nie, spalone przyprawy nie są dobre). Do naszego aromatycznego miksu dodajemy przecier pomidorowy i wodę. Mieszamy około 2 minut i zapraszamy z powrotem rybkę na patelnię. Obracamy, żeby oblepiła się całą tą dobrocią i dajemy jej 1-2 minuty. Podajemy natychmiast, najlepiej z ryżem :)

I co? Mauryc nie marudził, kot nie wybrzydzał, a ja dostałam swoją rybkę. Wszyscy zadowolenie i brzuszki nasycone.

INDIE: Samosy

Och jakże ja uwielbiam samosy. Zdecydowanie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Maurycy ową miłość podziela, więc zamawiamy je zawsze, gdy trafimy do indyjskiej restauracji. Robiłam je już parę razy sama, ale jako że nie lubię babrać się ze smażeniem w głębokim oleju, to zawsze kombinowałam jak się da i wyszukiwałam wersje z piekarnika. Choć typowe samosy robi się z ciasta filo, znalazłam w mojej magicznej książce kucharskiej przepis na owe pierożki w... cieście francuskim. Pomyślałam, że to ciekawa alternatywa dla tych, którym nie chce się bawić z wyrabianiem ciasta samemu i którzy nie mają gdzie ciasta filo kupić. 


Składniki:
  • 2 średniej wielkości ziemniaki pokrojone w kostkę
  • 80 g zielonego groszku (świeżego lub mrożonego)
  • 2 łyżki świeżej kolendry, posiekanej
  • łyżka sosu sojowego
  • łyżeczka mielonego kuminu rzymskiego
  • łyżeczka chili
  • pół łyżeczki drobno posiekanej papryczki chili
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • plastry ciasta francuskiego
Odstępstw tym razem nie ma, bo uważam, że ciasto francuskie już wystarczająco odbiega od oryginału. Udało mi się kupić ciasto w postaci kwadracików, ale jeśli macie je w rolce (takie z Polski pamiętam), to wytnijcie okręgi o średnicy 10 cm (tak zaleca przepis, ale ja chciałam mieć piramidki). 




Ziemniaczki gotujemy, studzimy i lekko rozgniatamy widelcem. Mieszamy w misce z groszkiem, kolendrą i wszystkimi przyprawami-dodatkami :) Mniaaam... od razu zaczyna się rozchodzić pyszny zapach. Ok, najłatwiejsza część za nami. Nadzienie nakładamy na środek przygotowanego ciasta i sklejamy w ładnego pierożka. Dobrze zabezpieczcie brzegi (np. widelcem). Hmm... to też wcale nie było takie trudne. No dobra, idziemy dalej. W garnku rozgrzewamy olej do smażenia (wg przepisu głębokość na 2 cm wystarczy... ja się znowu zapędziłam nieco). Delikatnie, z precyzją sapera umieszczam pierożka w oleju. Hmm, nie pryska, ładnie skwierczy. Dajemy drugiego. Po 1-2 minutach obracamy je na drugą stronę. Ależ są piękne! Takie złociście rumiane :)


Radośnie unoszą się na powierzchni oleju. Gdy kolejne samosy smażą się parami, na prędce przygotowuję do nich sos:
  • 140 ml jogurtu
  • 140 ml maślanki
  • mały duży pęczek świeżej mięty (15g)
  • pół łyżeczki mielonego kuminu
Miętę drobno siekamy i wszystkie składniki razem mieszamy. Et voila! Gotowe :) Teraz możemy podać nasze aromatyczne samosy polane/maczane w sosie jogurtowo-miętowym.


Jakież to było dobre! Nawet Hank się nimi zainteresował... jak Boga kocham, chyba nam się jakiś kot semi-wegetarianin trafił. Na przyszłość mogłabym zrobić je ciut mniejsze lub bardziej wypchane farszem. Oho... Maurycy słysząc o czym właśnie piszę już zawodzi: "A możemy je dzisiaj też mieć?..."