Lubicie ryby? Ja uwielbiam! Niestety Maurycy nie bardzo. Postanowiłam wykorzystać ten projekt i obecność kota-semiwegetarianina, który woli łososia niż steka, żeby przemycić trochę ryb do naszego menu. Wybór padł na kuchnię indyjską, bo ta niemal zawsze zachwyca mojego marudę i nagle nawet ryba staje się zjadliwa. Przepis okazał się jeszcze szybszy i łatwiejszy niż chiński rostbef z paksoi, więc jeśli macie mało czasu- danie jak znalazł! Niestety w związku z tym, zdjęć mam jeszcze mniej :(
Kmin rzymski i mięta... aromatyczna mieszanka |
Składniki:
- 2 łyżki ghee lub oleju
- 2 filety z białej ryby (ja wybrałam tilapię)
- średniej wielkości cebula, posiekana
- łyżeczka drobno posiekanego czosnku (poszłam na łatwiznę i użyłam wyciskacza)
- łyżeczka mielonej kolendry
- 2 łyżeczki mielonego kminu
- pół łyżeczki kurkumy
- pół łyżeczki płatków chili
- łyżka przecieru pomidorowego
- 140 ml wody
Choć w przepisie nie ma mowy o mięcie, ja pozwoliłam sobie posiekać dwie gałązki i wykorzystać do przybrania. Głównie dlatego, że skończyła mi się świeża kolendra, ale efekt też był super.
Ani się obejrzycie, a obiad będzie gotowy! Do dzieła: podgrzewamy tłuszcz w głębokiej patelni i obsmażamy rybę, po minucie z obu stron. Następnie ryba wędruje na talerzyk. Rumienimy na złocisty kolor cebulkę i czosnek. Dodajemy przyprawy i smażymy przez... 30 sekund mieszając (i znowu to liczenie... czy ja się za bardzo przejmuję? Na pewno nie, spalone przyprawy nie są dobre). Do naszego aromatycznego miksu dodajemy przecier pomidorowy i wodę. Mieszamy około 2 minut i zapraszamy z powrotem rybkę na patelnię. Obracamy, żeby oblepiła się całą tą dobrocią i dajemy jej 1-2 minuty. Podajemy natychmiast, najlepiej z ryżem :)
I co? Mauryc nie marudził, kot nie wybrzydzał, a ja dostałam swoją rybkę. Wszyscy zadowolenie i brzuszki nasycone.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz